Z wizytą u Ani, Michała, Franka i Antosia

Wyobraźcie sobie, że na jeden weekend przyjeżdża do Was zupełnie obca rodzina. Mają przenocować, korzystać z łazienki, zająć miejsce przy stole. Ich dzieci zapewne będą chciały bawić się zabawkami Waszych dzieci i oglądać ich książeczki, przez co zwykły poziom hałasu znacząco się podniesie. Brzmi strasznie? No pewnie!

A co powiecie, że ci ludzie na dodatek przez ten cały weekend robią Wam zdjęcia?

Pomyślicie pewnie "kto by chciał fundować sobie taką przygodę?". A jednak - my takich ludzi znamy! Mieszkają tu, w Krakowie, na Podgórzu. Mają dwóch synków, dwa kotki i bardzo fajną pracę. No i w zeszłym roku zaprosili do swojego domu taką właśnie bandę najeźdźców - czyli nas.

I coś Wam powiem - my też się stresowaliśmy. Wprawdzie od dawna wiedzieliśmy, że reportaże rodzinne, całodzienne lub dłuższe, to coś, do czego dążymy. Jednak wydawało się wtedy, że ten cel leży póki co poza naszym zasięgiem, biorąc pod uwagę wiek Tosi i Heli.

Ale od czego ma się mądrych mentorów, którzy zdążyli zjeść zęby na fotografii rodzinnej, i to z dwójką dzieci pod pachą? Irmina i Savio przekonali nas, że nie ma co czekać aż moment będzie odpowiedniejszy. Podekscytowani, z solidną dawką motywacji, w piątkowe popołudnie ruszyliśmy więc, by poznać Anię, Michała, Franka i Antosia.

Oczywiście, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. I dla nas, i dla tamtej czwórki była to pierwsza tego typu sesja. Każda ze stron miała więc swój własny zestaw obaw (mam na myśli dorosłych - bo między dziećmi, rzecz jasna, zaskoczyło od razu). Nie mogę się tu wypowiadać w imieniu gospodarzy, ale my martwiliśmy się o wiele rzeczy.

Zachodziliśmy w głowę czy będziemy w stanie skupić się na pracy z dziewczynkami u boku (zwłaszcza, że Tosia przechodziła przez dość trudny emocjonalnie okres związany z początkiem przedszkola i coraz większą aktywnością młodszej siostry w życiu domowym), czy podwojenie ilości osób na metr kwadratowy nie spowoduje ogromnego zamieszania i dezorientacji dzieciaków, czy dogadamy się, tak po prostu, siedząc przy stole...

Część naszych obaw rozwiała się już pierwszego popołudnia i wieczoru. Dzieciaki dość szybko padły, zmęczone zabawą, bo był to w końcu długi słoneczny dzień czerwcowy. My, dorośli mieliśmy więc do dyspozycji jeden wieczór, by przejść ze stanu prawie zupełnej nieznajomości do zapoznania i polubienia się.

Nie wiem czy istnieje jakiś wymiar, gdzie udałoby się nam nagadać z Anią i Michałem, którzy jako pracowniak zajmują się projektowaniem placów zabaw . W takim towarzystwie "dzieciowe" tematy są właściwie niewyczerpane, Ania pasjami dzieli się swoją ogromną erudycją w tym temacie, a Michał potrafi opowiadać o śrubkach tak jakby to były "Bajki robotów".

Która była godzina, gdy się kładliśmy tamtego piątkowego wieczoru - nie pamiętam, ale na pewno zasypialiśmy już na siedząco. A następnego dnia czekała nas przecież masa przygód!

Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw

Często słyszę, że mamy fantastyczną pracę, bo daje nam ona możliwość poznawania ciekawych ludzi. I jest to najprawdziwsza prawda, a jednocześnie wielkie uogólnienie. Ogrom doświadczeń, który wynosimy z sesji rodzinnych to właściwie materiał na osobny artykuł.

Z każdego spotkania, z każdej sesji zawsze wynosimy coś cennego. Wiedzę, doświadczenie, przykład do naśladowania, a nawet przyjaźń. Wierzymy w to, że nasza praca czyni z nas lepszych ludzi.

Ania i Michał zaimponowali nam przede wszystkim swoją relacją z dziećmi. Partnerską, pełną spokoju, cierpliwości i czułości, a jednocześnie nie przesłodzoną oraz uwzględniającą potrzeby rodziców. Wiedzieliśmy jeszcze przed sesją, że Franek i Antoś są adoptowani, więc - z braku znajomości podobnych rodzin w naszym otoczeniu - nie wiedzieliśmy jak otwarcie możemy na ten temat rozmawiać. Oczywiście okazało się, że szczerość była odpowiedzią na nasze wątpliwości. Przy okazji Ania opowiedziała nam bardzo dużo o procesie adopcyjnym w Polsce, obarczonym wieloma nieuzasadnionymi mitami.

Ta czerwcowa sesja była jedną z kilku zeszłorocznych, w czasie których przyszło nam się zmierzyć z tematem niepełnosprawności. Właściwie to nie wiem czemu się tym tak stresowaliśmy. Brak ręki nie przeszkadza Frankowi być kierownikiem zabawy w przedszkolu, jeździć na hulajnodze, wspinać się po drabince i robić wiele innych rzeczy, które robią dzieci w jego wieku. Także na co dzień jest to temat jak każdy inny. Kiedy w sobotę spacerowaliśmy bulwarami, Ania zawołała wskazując idącego za nami psiaka: "Zobacz, Antosiu! Ten piesek nie ma jednej łapki, jak Franek!". Tym bardziej przykre było dla mnie uświadomienie sobie w rozmowach z Anią i Michałem jak bardzo stygmatyzowana jest niepełnosprawność w przestrzeni publicznej, a place zabaw często wykluczają zamiast zapraszać do swobodnej zabawy. A przecież wszyscy powinni móc się pobawić!

Ostatni dzień naszego wspólnego weekendu spędzaliśmy na placu przy Muzeum Archeologicznym. Franek śmigał na hulajnodze po alejce wytyczonej wokół urządzeń do zabawy. Zatrzymał się nagle i powiedział do Michała

- Tato, ten tor jest dla mnie idealny do jazdy!.
- Wiem. Projektowałem go dla ciebie. - odparł Michał.

Ania i Michał podkreślają zresztą, że nie dzielą życia na prywatne i zawodowe. Widać to w każdym aspekcie ich pracy, w której chłopcy bardzo często im towarzyszą. Widać to nawet w takich szczegółach jak okładka książki autorstwa Ani - skrzyżowane patyki ze "Ścieżki bosych stóp" zostały znalezione przez Franka w trakcie leśnej wyprawy.

Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw
Nieplaczabaw

Kiedy nasz wspólny weekend z Anią, Michałem, Frankiem i Antosiem dobiegł końca, to piątek wydawał nam się dniem z innej bajki - bo przecież wtedy zupełnie się jeszcze nie znaliśmy, a w niedzielę byliśmy jak starzy dobrzy znajomi. Nie wspomniałam jeszcze, że w sobotę próbowaliśmy powtórzyć piątkowe pogaduchy. Po wysłaniu dzieci do łóżek padliśmy więc na kanapę i... tym razem naprawdę zasnęliśmy na siedząco! No cóż, w sumie wiedzieliśmy, że weekend z czwórką dzieci to nie weekend w spa ;)

Aha, a w niedzielę rano Ania nagrała ze mną odcinek jej podcastu "Nieplac zabaw", którego możecie posłuchać tu

Sesja z Anią i Michałem była kamieniem milowym w naszej pracy. Od tamtej pory sesje "Dzień z życia" (w wariantach 1,2,3-dniowych) zagościły na stałe w naszej ofercie.

Jeśli macie refleksje, pytania lub po prostu spodobał się Wam artykuł, to komentujcie i udostępniajcie!